Z Bari… czyli jak Włochy przywitały mnie upałem, WhatsAppem i windą dla krasnoludków

Bari. Wysiadłem z samolotu prosto w coś, co przypominało pachę planety Ziemia. Telefon zdążył już poinformować mnie o fali upałów, która właśnie rozgościła się w Apulii. Czterdzieści stopni w cieniu? Oczywiście. Przecież kiedyś przeżyłem australijskie lato, więc uznałem, że dam radę. Człowiek bywa naiwny. Pierwsza walka nie dotyczyła jednak temperatury. Moim przeciwnikiem numer jeden okazał się… wózek bagażowy na lotnisku. Włoska maszyna najwyraźniej miała osobisty konflikt z norweskimi monetami. Nie przyjęła ich. Nie zadrżała. Nie ustąpiła. Stałem więc pośrodku eleganckiego, włoskiego lotniska, ciągnąc karton z rowerem wielkości małego kucyka. Wyglądałem jak marynarz po tygodniowym rejsie, który właśnie odkrył ląd tylko mniej stabilny.

Jeśli ktoś chce sprawdzić, jak reaguje jego serce w sytuacjach granicznych – polecam przejażdżkę taksówką w południowych Włoszech.


Mój kierowca uznał najwyraźniej, że kierownica to element dekoracyjny. Znacznie ważniejsza była rozmowa na WhatsAppie z mamą. Bardzo intensywna rozmowa. Prawdopodobnie o sprawach wagi państwowej. Ja w tym czasie trzymałem się tylnego siedzenia i zastanawiałem się, czy ubezpieczenie podróżne obejmuje kategorię „śmierć przez Mamma-WhatsApp”. Gdy dotarłem do hotelu, byłem tak wykończony, że padłem na łóżko bez żadnych ambicji turystycznych. Bari mogło poczekać.

Zdjęcie ławki w kolorach włoskiej flagi zielonym, białym i czerwonym –z nadrukowanym wizerunkiem dwóch uśmiechających się mężczyzn. Na ławce widnieje również napis: „Possiamo sempre fare qualcosa. Giovanni Falcone”.

Następnego dnia postanowiłem być tym „kulturalnym podróżnikiem”. Spacer po starym mieście, Adriatyk w kolorze turkusu, wąskie uliczki, kamienne budynki – wszystko wyglądało jak z pocztówki.

Minąłem ławkę w kolorach włoskiej flagi z napisem: „Possiamo sempre fare qualcosa. Giovanni Falcone.” Zawsze możemy coś zrobić. Brzmiało jak motto na dalszą część wyprawy.
Następnego dnia postanowiłem być tym „kulturalnym podróżnikiem”. Spacer po starym mieście, Adriatyk w kolorze turkusu, wąskie uliczki, kamienne budynki – wszystko wyglądało jak z pocztówki.


Minąłem ławkę w kolorach włoskiej flagi z napisem: „Possiamo sempre fare qualcosa. Giovanni Falcone.” Zawsze możemy coś zrobić. Brzmiało jak motto na dalszą część wyprawy.


Plan był prosty: znaleźć sklep rowerowy, dokupić drobiazgi, dopiąć logistykę. Problem w tym, że około 13:00 całe miasto wspólnie zdecydowało się na drzemkę. Siesta. Kurtyna w dół. Sklepy zamknięte szczelniej niż polski sklep w święto narodowe.


Poddałem się. Wróciłem do hotelu skręcać rower. Na tym etapie był moim najwierniejszym towarzyszem.

Hotel był architektonicznym majstersztykiem… pośrodku strefy przemysłowej. Oaza dźwięków ciężarówek, zapachu spalin i klimatu „tu się pracuje, nie śpi”.
Po nocy przerywanej hałasem i śniadaniu, które smakowało jak karton z nutą przygody, przyszedł moment startu. Prognoza? W głębi lądu nawet 40 stopni.
Ale zanim wyruszę logistyka. Mieszkałem na siódmym piętrze. Winda została zaprojektowana z myślą o jednej osobie i ewentualnie małej torebce. Rower? Zapomnij.
Z 15 kilogramami bagażu schodziłem w dół wąską klatką schodową, robiąc przystanki, podczas których próbowałem przekonać swoje serce, że to nie jest odpowiedni moment na spontaniczne disco.

Spiralne schody z brązowymi stopniami i metalową poręczą, widziane z góry.

Poranny wyjazd z miasta był widowiskiem. Kierowcy byli bardziej zainteresowani Instagramem niż spoconym rowerzystą próbującym przetrwać na skraju drogi.
Ale potem stało się coś pięknego. Wyjechałem z miasta. I były ścieżki rowerowe. Prawdziwe. Istniejące.
Upał był bezlitosny, ale dopóki znajdowałem wodę, wszystko szło do przodu. Mój genialny plan jazdy wzdłuż wybrzeża rozsypał się, gdy droga została zamknięta z powodu pożaru lasu. Wszechświat najwyraźniej uznał, że potrzebuję dodatkowego wyzwania.
Dodatkowe dwadzieścia kilometrów. Prosto w piekarnik. Przy 38 stopniach na liczniku i sile woli, która przypominała bardziej upór niż rozsądek, skierowałem się w stronę Foggii. W połowie drogi, w akcie czystej desperacji, zarezerwowałem hotel.

Widok na port w Bari: w tle kamienny budynek z wieżą zegarową, a przy wodzie nadmorska promenada.
Panorama portu w Bari – w tle kamienna zabudowa z charakterystyczną wieżą zegarową, a wzdłuż brzegu elegancka nadmorska promenada.

Foggia miała być tylko przystankiem. Okazała się nagrodą.
Po zameldowaniu się rzuciłem torbę i wyszedłem do historycznego centrum. Na Piazza Umberto Giordano znalazłem mały bar. Za ladą stał starszy mężczyzna w spranej czapce kolarskiej, z uśmiechem, który mógłby stopić lodowiec.
Zauważył rower od razu.
Skąd? Dokąd? Ile kilometrów?
Opowiedziałem mu skróconą wersję mojej tragikomedii. On w zamian opowiedział o trzęsieniach ziemi, odbudowie miasta i o tym, jak Foggia zawsze się podnosi.
Po chwili przede mną wylądowało panzerotti – smażone ciasto z pomidorami i mozzarellą. Złote, gorące, idealne. To nie był zwykły posiłek. To był uścisk dla zmęczonej duszy.

Siedziałem w cieniu drzew, jadłem smażone niebo i patrzyłem na życie toczące się wokół placu. Wpadłem jeszcze do starej katedry. Chłód kamienia, cisza, kontrast wobec żaru dnia.


I wtedy zrozumiałem.


Może właśnie po to człowiek wystawia się na tortury na dwóch kołach.
Żeby później zwykłe panzerotti smakowało jak nagroda życia.
Żeby rozmowa z nieznajomym stała się najważniejszym punktem dnia.
Żeby docenić cień, wodę i uśmiech.


Bo w gruncie rzeczy to nie kilometry zostają w pamięci. Zostają ludzie.

Zostaw odpowiedź

Przewijanie do góry

Odkryj więcej z Sykkel-Nord

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej