Rowerem przez Hiszpanię mimo choroby: Historia upartego cyklisty
14 lipca – Gdy ciało błaga o litość, a głowa mówi “nie bądź mięczakiem”
Dzień zaczyna się zwyczajnie, tyle że moje ciało najwyraźniej wypowiedziało posłuszeństwo bez wypowiedzenia. Po 81 kilometrach nogi stają się ciężkie jak worki cementu, w głowie łomocze jakby ktoś urządził dyskotekę, a temperatura ciała mogłaby posłużyć do smażenia jajecznicy.
Może jestem chory? E tam, bzdura. Tacy twardziele jak ja nie chorują. Ale tak na wszelki wypadek – no i żeby nie zejść w przydrożnym rowie – znajduję jakiś nocleg. Recepcjonista patrzy na mnie, jakbym był samą Czarną Śmiercią we własnej osobie.
15 lipca – Mistrz świata w zaprzeczaniu oczywistościom
Budzę się z uczuciem, jakby po moim ciele przejechał TIR. To zdecydowanie nie jest poranek pełen świeżości i wigoru. Gdyby ktoś spytał o moje samopoczucie w skali od 1 do 10, odpowiedziałbym “zdechły śledź”.
Ale co tam, to wycieczka rowerowa, nie L4! Granicę Hiszpanii przekraczam w gorączkowym półmajaczeniu i wtaczam się do jakiejś sennej mieściny, która niespodziewanie gości turystę ślipiącego za Apapem jak pies za kiełbasą. Aptekarz zerka na mnie podejrzliwie, gdy stoję przed nim cały mokry i rozpalony jak piec hutniczy.
Na szczęście pogoda dopisuje – mało wiatru i znośna temperatura. Choć z drugiej strony, może po prostu mam taką gorączkę, że nawet śnieżyca wydałaby mi się letnim wietrzykiem.

W Medina de Rioseco natrafiam na hotel tak tani, że nawet mój ugotowany mózg kuma, że to okazja. Leżąc wreszcie w łóżku, snuję genialne przemyślenia typu: “A może by tak zrobić test na koronę?”
Wynik jarzy się jak lampki na choince: POZYTYWNY.

No tak. Teraz wszystko jasne, dlaczego czuję się jak przeterminowany jogurt wystawiony na słońce.
Majaki gorączkowe i wyczyny kolarskie – czyli poradnik jak nie dbać o własne zdrowie
Wstawanie następnego dnia to jak scena z filmu o zombie – wstaję z martwych, ale z godnością na poziomie podłogi. W głowie huczy jakby Metalica dawała koncert, a ja trzęsę się tak, że kurtka puchowa w 30-stopniowym upale wydaje się całkiem sensownym pomysłem.

Ratunek znajduję w 20-minutowym, wrzącym prysznicu. To jak odgrzewanie wczorajszego kotleta – niby pomaga, ale efekt i tak pozostawia wiele do życzenia.
Łykam Ibuprom i Paracet jak dropsy (w końcu to w 100% legalny doping dla chorych głupków). Znoszę rower ze schodów – przemieniony w skradającego się nosiciela zarazy, samotnego wojownika unikającego ludzi, jakbym trenował do olimpiady w dystansie społecznym.

Cel? Burgos – 150 kilometrów stąd. Czy to ma sens? Absolutnie żadnego. Czy mam wszystkie klepki na swoim miejscu? Historia już na to odpowiedziała.
Jadę w dziwnym stanie zawieszenia między gorączką a oświeceniem. Czy w ogóle czuję jeszcze swoje nogi? Czy to wiatr mnie pcha, czy może zamieniłem się w czysto duchową istotę na dwóch kółkach?
W Palencii rzucam się na kawę, bagietkę i ciastko, jakbym od tygodnia nie widział jedzenia na oczy. Ludzie wokół nie mają pojęcia, że siedzą obok rozgorączkowanego rowerowego zombie, który planuje podbić Burgos siłą własnego uporu i apteczką pełną proszków.
Mijam rolników zbierających zboże i filozofuję: skoro oni harują w tym skwarze, czemu ja nie miałbym pedałować? Zwierzęta na polach śledzą mnie wzrokiem, który wyraźnie mówi: “Co za kretyn, nie widzi, że ledwo żyje?”
Ale co mnie to obchodzi? Jestem na wyprawie, jestem na przygodzie, jestem idiotą do potęgi.
Wreszcie w Burgos: Lody, korona i zaproszenie pątników, które z miejsca olewam
NARESZCIE! Jestem w Burgos! Po 150 kilometrach gorączki, majaków i ilości środków przeciwbólowych, która powinna być nielegalna, w końcu dotaczam się do celu. Nagroda? Lody. Dwie gałki. A co tam, może nawet trzy. Choremu rowerzyście należy się porządna porcja kaloriówki i schłodzenie rozgrzanego do czerwoności łba.
Kolejny test potwierdza to, co oczywiste: nadal jestem chodzącą bombą biologiczną na dwóch kółkach. Logika? Wyrzucona do kosza dawno temu. Upór? Mój znak rozpoznawczy.
Siedząc nad lodami i starając się nie zarazić połowy Hiszpanii, dostrzegam całe stado rowerzystów. Nadciągają grupkami, objuczeni bagażami, z minami świętych. Czyżby rajd, o którym nie słyszałem?
A gdzie tam. To pielgrzymi. Zdążają do Santiago de Compostela. Nasze spojrzenia krzyżują się nad moimi lodami i od razu jasne jest, że należymy do zupełnie innych światów. Oni jadą po duchowe oświecenie. Ja jadę, bo najwyraźniej mam jakieś samobójcze ciągoty, by pchać się na północ z gorączką jak szaleniec.
“Dołączysz do nas?” pyta jeden z nich, patrząc na mnie z nadzieją.
Patrzę na nich, oni na mnie. Moje czarne, satanistyczne serce i zawirusowane ciało odpowiadają jednym chórem: “Zapomnij, człowieku.”
Moja trasa wiedzie na północ, w stronę gór, morza, Norwegii. Podczas gdy oni pedałują na południe w poszukiwaniu sensu życia, ja upieram się jechać na północ – zarażony, rozgorączkowany, z masochistyczną pasją ignorowania wszystkich alarmów, jakie wysyła mi organizm.
Rozstajemy się z uśmiechem i dwumetrowym dystansem. Wymykam się z Burgos. Północna Norwegia czeka. A ja wracam do domu – o ile przeżyję własny upór i głupotę.