Wczesny start, aby uniknąć upału
Ustawiłem budzik na 4. Warto zacząć wcześniej, żeby dotrzeć na miejsce przed największym upałem. Na zewnątrz jest jeszcze ciemno, wstąpię na stację benzynową, żeby kupić kawę i jakieś przekąski na drogę. Pakuję wszystko, biorę rower i ruszam w dalszą drogę. Zakładam lampkę na kask, żeby być lepiej widocznym.
Jest bardzo dużo podjazdów. Kiedy robi się jaśniej, zauważam, że jest pochmurno – może dzisiaj uniknę poparzeń słonecznych. Wszystko idzie zgodnie z planem, słońce faktycznie też zaczyna wychodzić, ale dzień nie jest jeszcze zbyt ciepły, jest wcześnie.
Około godziny 9 myślę o zjedzeniu śniadania. Było dużo podjazdów i trochę zjazdów, zanim dotarłem do miejsca/miasteczka o nazwie Crookwell. Bagietka i 2 cole są w porządku. Mają tu też inne rozmiary butelek: 375 ml lub 440 ml zamiast 330 ml jak w Europie, i butelki 600 ml, ale używają zarówno kilometrów, kilogramów, jak i litrów, tak jak my.
Muszę jechać dalej, ale krótka przerwa sprawiła, że zaczynam odczuwać upał. Jest pod górę, żeby wyjechać z miasta, ale potem robi się trochę łatwiej i otwiera się wiejski krajobraz. Dużo pól uprawnych i krów.
Spragniony na ziemi niczyjej
Docieram do skrzyżowania i muszę zdecydować, w którą stronę jechać. Wygląda na to, że jest tu pustkowie – żadnych miejsc, gdzie można kupić wodę czy jedzenie. Widzę na mapie osadę i myślę, że tam mogę kupić coś do picia: Rugby. Zbliżam się do osady i jestem zaskoczony, że nie ma tu żadnego sklepu. Hmm.
Nie sądzę, żebym miał wystarczająco dużo wody, ale muszę jechać dalej. Zostało 30 km, ale teren jest bardzo nierówny i jest gorąco. Widzę remizę strażacką z mężczyzną pracującym na zewnątrz. Pytam go o najbliższy sklep.
„Boorowa” – odpowiada.
Uff, myślę, to 30 km stąd. Pytam, czy można gdzieś tutaj napełnić wodę. Przynosi całą tackę małych butelek z wodą. Wypijam 3 od razu i biorę 4 ze sobą na dalszą drogę. Rozmawialiśmy trochę o podróży itp. Przyszedł młodszy mężczyzna, który dołączył do rozmowy, ale mówił tak trudnym dialektem, że faktycznie zrozumiałem tylko połowę tego, co powiedział.
Kołatanie serca do Boorowa
Jadę dalej i docieram z kołataniem serca do Boorowa, gdzie dostaję pokój hotelowy. Małe miasteczko, niewiele tam do roboty.
Boorowa okazuje się sennym, małym miasteczkiem rolniczym, które żyje z produkcji wełny i hodowli owiec – „gdzie owca jest królem”, jak mówią miejscowi z przymrużeniem oka. Leży w regionie Hilltops, znanym z winnic i drzew owocowych. Raz w roku miasteczko budzi się do życia podczas „Running of the Sheep Festival”, absurdalnej parodii hiszpańskiej gonitwy byków, gdzie setki owiec biegną główną ulicą, a turyści robią zdjęcia. W tej chwili jestem tylko ja, upał i para traktorowo-opalonych rolników, którzy podejrzliwie patrzą na mój strój kolarski.
Rozmawiałem trochę z ludźmi pracującymi w hotelu-pubie-restauracji i usłyszałem kilka lokalnych historii. Stary mężczyzna opowiada mi o „Yowie” – australijskiej odpowiedzi na Wielką Stopę – która rzekomo czai się w lasach wokół Boorowa. „Mój dziadek widział ją w 1937 roku, wielka jak niedźwiedź, ale chodziła na dwóch nogach” – nalega, popijając piwo. Inny miejscowy opowiada o tym, jak sąsiednie miasteczko Young zorganizowało rodeo jaszczurek w 1998 roku, i jak krokodyl uciekł i został znaleziony w basenie burmistrza dwa dni później. Kiwam grzecznie głową, niepewny, czy jestem nabierany, czy życie w buszu naprawdę jest tak surrealistyczne.
Prosty pokój bez toalety. Australijski luksus w najlepszym wydaniu.
Sylwester na dwóch kółkach
Następnego dnia też zaczynam przed wschodem słońca, to mądre. Nie wiem, jak daleko uda mi się dzisiaj dotrzeć. Zapowiadają bardzo gorąco. Biorę ze sobą dużo wody na wypadek, gdyby nie było gdzie kupić.
Jest Sylwester. Jadę dobrze, a około godziny 12 zaczynam czuć, że upał mnie wykańcza. Dużo wiatru w twarz dzisiaj, i kończę dzień w miasteczku o nazwie Temora. 133 km, to wystarczy na dzisiaj.
Idę do miasta, kupuję dużo coli i słodyczy, żeby zacząć jutro też wcześnie, może nawet wcześniej.
Temora, ten śpiący gigant miasteczka lotniczego, okazuje się mieć „Temora Aviation Museum” z wystawami samolotów, które przyciągają miłośników lotnictwa z całego kraju. Postanawiam tam pójść, ponieważ jest klimatyzacja i schronienie przed bezlitosnym słońcem. Dla rowerzysty z udarem słonecznym klimatyzacja jest równoznaczna z doświadczeniem religijnym. Spędzam dwie godziny, gapiąc się na stare samoloty Spitfire, wycierając pot i pijąc lodowatą wodę.
W drodze powrotnej przez miasto natykam się na „Hotel Temora”, pub, który wygląda jak kapsuła czasu z lat 70. Kelnerka – która przedstawia się jako Shazza – ma włosy, które przeczą grawitacji, i śmiech, który sprawia, że mój kieliszek wibruje. „Daleko od domu, Wikingu” – mówi, nalewając mi Victoria Bitter. „Mieliśmy tu już Norwegów – spili nas pod stół i nauczyli nas kilku piosenek, przez które pastor nie chciał z nami rozmawiać przez miesiąc.” Uśmiecham się i obiecuję, że nie będę śpiewał.
Noworoczna jazda rowerem w kierunku Griffith
Zaczynam, gdy jest ciemno, na zachód. Spróbuję dotrzeć do Griffith. Dużo wiatru w twarz, też gorąco. Całkowicie otwarty teren, bez lasów i cienia.
Docieram do Griffith. Jest 1 stycznia, więc miasto jest puste, ale budka z kebabem jest otwarta. Rozmawiam z mężczyzną z Indii, który ją prowadzi – ma przyjaciół w Norwegii i dobrze mu się żyje w Australii.
Widzę, że jest sklep rowerowy, który został zamknięty jakiś czas temu. „Rusty’s Cycle Emporium” głosi wyblakły szyld, z oknami pokrytymi kurzem i plakatami z Tour Down Under 2016. Ciekawy, jak jestem, zaglądam przez szybę. W środku czas się zatrzymał – kaski rowerowe z poprzedniej dekady wciąż wiszą na ścianach, a para starych rowerów Malvern Star stoi porzucona na środku podłogi, jak rowerowe Pompeje.

Miejscowy, który przechodzi obok, opowiada mi historię: „Stary Rusty stracił sklep, gdy zbudowali nowego giganta w stylu Walmartu na obrzeżach miasta. Odmówił sprzedaży rowerów elektrycznych, mówił, że to 'oszustwo i szarlataneria’ i że 'prawdziwi australijscy mężczyźni używają mięśni ud, a nie baterii’. Biedak wytrzymał trzy lata, zanim musiał się poddać.”
Patrzę przez okno na warsztat rowerowy, który wygląda jak kapsuła czasu – klucze i niedopasowane zestawy kół wiszą tam, gdzie zostały porzucone ostatniego dnia. Na ladzie stoi filiżanka kawy z tym, co musi być najstarszymi fusami kawy na świecie, a na ścianie wisi zdjęcie samego Rusty’ego – opalonego mężczyzny z zaczerwienioną twarzą i ogromnym wąsem – dumnie pozującego z Cadelem Evansem po zwycięstwie w Tour de France w 2011 roku.
„Przeniósł się na wybrzeże” – kontynuuje miejscowy. „Podobno otwiera teraz sklep surfingowy. Ta sama koncepcja – żadnych desek dla początkujących, żadnych pianek, tylko 'prawdziwi surferzy’. Daję mu dwa lata, zanim wróci tutaj.” Muszę się śmiać z tej historii, ale czuję też ukłucie melancholii. Kolejny mały biznes przegrany z czasem i tempem.
Griffith – włoska placówka na outbacku
Griffith, ta dziwna oaza na ziemi niczyjej, okazuje się mieć fascynującą historię zdominowaną przez włoskich imigrantów. Miasto jest znane jako „Małe Włochy” w regionie Riverina i produkuje większość australijskiego wina i owoców cytrusowych. Ale miejscowi szepczą też o mroczniejszej historii miasta związanej z mafią – „The Griffith Gang” – która rzekomo kontrolowała australijski handel narkotykami w latach 70. Gdy jadę rowerem przez puste ulice i mijam winorośle rozciągające się ku horyzontowi, zastanawiam się, jak surrealistyczne jest być w „Australijskiej Małej Sycylii” w pierwszy dzień roku.
Gdyby miasto było otwarte, mógłbym odwiedzić Pioneer Park Museum z jego kolekcją wczesnych domów osadników, albo ikoniczną Hermit’s Cave – dziwaczny dom wykuty w zboczu wzgórza przez włoskiego pustelnika-rolnika Valerio Ricettiego przez ponad 23 lata. Zamiast tego siedzę w budce z kebabem i popijam colę, podczas gdy wentylator nade mną toczy przegraną walkę z upałem. Kebabiarz Raj mówi mi, że przyjechał do Australii na studia, ale skończył, żeniąc się z dziewczyną z Griffith i otwierając „Best Kebab Down Under”. „Życie jest dziwne” – mówi filozoficznie, układając mięso na rożnie. „Nigdy nie kończy się tam, gdzie się planuje. Tak jak ty – czy naprawdę planowałeś siedzieć tutaj, spocony i opalony, w pierwszy dzień roku?” Muszę się śmiać z tego, jak trafnie punktuje moją pozornie pełną przygód wyprawę rowerową.